No więc tak, mojego passata pod koniec listopada przerabiał Pan Andrzej - paskiem śmigam cały czas i ma się bardzo dobrze. Co do roboty - perfekcyjna, nie mam żadnych zastrzeżeń. I tutaj kończymy temat passata, co by nie mieszać.
LR Freelander należy do mojego ojca, oddał go do przełożenia Magikowi (auto odstawiliśmy 17 stycznia) - a ten spaprał. Odebraliśmy auto 4 lutego (po 19 dniach) i nie działa wszystko co wymieniłem w poście wyżej.
dodam tylko ze kolega niezadowolony_klient to bardzo wyrozumiały i bardzo spokojny człowiek
No chyba tak.
Oddając auto Magikowi, w ogóle nie przeszkadzał nam fakt, że przerabia on auta w stodole (tak, tak, Bełżyce ul. Jabłoniowa czy jakoś tak), bo mam głęboko gdzieś, czy robi on w pro warsztacie, czy w jakiejś przydomowej garażynie, czy też w stodole. Mieliśmy pełne zaufanie do roboty Magika (bo nic nie wskazywało na to, że jest partaczem), zależało nam na dobrze przełożonym aucie, a nie żeby budynek, w którym był przekładany był estetyczny.
Niestety ale jednak coś w tym jest, zwykło się mówić o partaczach przekładających w stodole no i to się niestety sprawdza.
Wybór padł na Magika, po szybkim wywiadzie telefonicznym. Ojciec chciał jak najbliżej, a że jesteśmy z Lublina, to Magik spełniał ten warunek.
Dzwonił też do Andrespola pod Łodzią, do Bielsko-Białej (ogłaszają się na allegro) no i do Bełżyc. Po wywiadzie telefonicznym na dzień dobry odpadł Andrespol (ojciec uznał, że nie mają o przekładaniu bladego pojęcia), z jakichś tam powodów nie zdecydował się na BB. Zadzwonił do Bełżyc, do Magika i on mu przypasował. Bo i fakt, wiedzę teoretyczna Magik posiada, jednak jak się później okazało, fachu w ręku nie ma. W gadce wszystko było ok, przekładamy na oryginalnych częściach, oryginalny magiel, wygłuszenia, przekładamy klamkę, przekładamy bezpieczniki, robimy klimę, "zmieniamy widmo świateł" (jak się później okazało do świateł nie wiedział nawet od której strony podejść, więc ich w ogóle nie dotykał i przez to auto odpadło na przeglądzie, na który pojechaliśmy 10mil dalej, do Poniatowej, bo w razie czego tam miał "załatwić" przegląd - a załatwił tak, że odjeżdżając burknął pod nosem "no co za skur$%^yn"). Bardzo nam zależało chociaż na tym przeglądzie, bo mamy pozałatwiane wszystkie kwity, brakuje do rejestracji przeglądu. Gdyby auto było zarejestrowane, to wykupiłoby się normalne ubezpieczenie i nawet na poprawkę pojechałoby się bez problemu. A teraz albo auto na lawetę brać, albo wykupić miesięczne za 100zl. Nie jest to najatrakcyjniejsze wyjście, biorąc pod uwagę, że "polskie" ubezpieczenie za cały rok kosztuje ok. 300-400zł. A lampy to nie problem, mamy europejskie, wystarczyło powiedzieć, że nie umie tego zrobić. Lampy powinny pasować, chyba jedynie mają kierunkowskazy innego koloru, ale to w niczym nie przeszkadza.
Umówiliśmy się z Magikiem w ten sposób: auto idzie do poprawki, jak poprawka będzie kosztowała mniej niż jego robota, którą wycenił na 1500zł to zwrócimy mu różnicę. Czyli, jeśli poprawka będzie kosztowała 500zł, zapłacimy Magikowi 1000zł, jak poprawka będzie kosztowała 1000zł, zapłacimy Magikowi 500zł. Zaproponowaliśmy takie rozwiązanie, bo wydaje nam się ono najbardziej sprawiedliwe w zaistniałej sytuacji - zostawiliśmy swoje dane, których zgodność Magik potwierdził z dowodem osobistym.
Części były nasze, dorwaliśmy w dobrej cenie całego francuza (1998r 1.8B), więc wszystkie części były ori, zaczynając na klamce, a kończąc na wykładzinie podłogowej.
Biorca (anglik) to 2.0TD4 z 2002r, więc jak pisałem wyżej, nie przypasowała obudowa nagrzewnicy, i nie przypasowały przewody klimy. Jednak czy to aż tak komplikuje sprawę? W końcu przewodów klimy nie dorobił, a nagrzewnica przypasowała po małym zabiegu - zamiast przetłoczenia w ścianie do wstawienia prosta blacha. Na ile to jest roboty? Dobra, niech będzie, ze zajęło to cały dzień.
Części daliśmy razem z autem, 17stycznia, jedynie później dowieźliśmy zamek do drzwi kierowcy i ramiona wycieraczek - nie skojarzyliśmy, że przecież też są potrzebne, więc dowieźliśmy je przy następnej wizycie, czyli już po kilku dniach - to z pewnością nie mogło wpłynąć na "zawalenie terminu".
Auto oddaliśmy 17 stycznia, do odbioru miało być przy maxymalnie pomyślnych wiatrach już w sobotę (22.01) jednak, że "potrafię siedzieć przy takim aucie nawet 2 tygodnie!" ostateczny termin był wyznaczony na czwartek (27.01). W czwartek zastaliśmy niezrobione auto.
Uświadomiliśmy wtedy Magika, kiedy kończy się ubezpieczenie i że zależy nam na tym, żeby chociaż wyrobił się przed tym ubezpieczeniem. Powiedział, że auto będzie do odbioru w sobotę (29.01). Przyjechaliśmy w sobotę, auto zastaliśmy w takim samym stanie jak poprzednio. Kolejny "ostateczny" termin Magik wyznaczył na poniedziałek (31.01) późnym popołudniem.
Z racji tego, że umowa była taka, że po robocie jedziemy razem na przegląd i auto ma je przejść (lub nie, ale nie z powodów zależnych od roboty Magika), a powiedział, żeby po auto przyjechać o późnej godzinie, uznaliśmy, że nie ma to sensu, bo nigdzie o tej porze nie zrobimy przeglądu. Więc pojechaliśmy "odebrać" auto we wtorek, w okolicach południa. Niestety, auto zastaliśmy w stanie jak poprzednio.
W tym też momencie skończyło się ubezpieczenie.
W tym też momencie Magik nie wyznaczył kolejnego terminu, tylko stwierdził, że auto będzie do odbioru jak skończy je robić. Na pytania kiedy to będzie, odpowiadał, że nie wie, że będzie jak zrobi.
Wtedy tez urwał się kontakt telefoniczny z Magikiem, przestał odbierać telefony od nas, po tym, po kilku dniach napisałem po raz pierwszy na tym forum, w temacie Magika. Podziałało, dosłownie po 15minutach zadzwonił "przyjedzcie po auto jutro o 12".
No tak, ale jest problem... Przyjechać mogę, ale jak wrócę jak nie mam ubezpieczenia, a lawety też nie posiadam? A to nie jest 5km wiejskimi drogami, że mogę sobie czmychnąć bez ubezpieczenia, tylko mam kawałek drogi + cały Lublin do pokonania.
Powiedział, że postara się załatwić lawetę. Zadzwonił wieczorem, że laweta będzie na godzinę 10 i na 10 mamy przyjechać.
Tutaj odezwało się sumienie, mam znajomą w ubezpieczalni, nie będę jeszcze chłopa na koszty specjalnie naciągał, załatwiłem sobie ubezpieczenie, znajoma babka przepisała mi kwit o kilka dni do przodu, bo w tym ubezpieczeniu nie musi być ciągłości.
Był piątek rano, już mieliśmy dzwonić do niego, że mam ubezpieczenie, niech nie fatyguje lawety, kiedy pierwszy odezwał się Magik - jednak nie na 10, przyjechać na 12.
Przyjechaliśmy, na miejscu poczekaliśmy jeszcze chwilkę bo jeszcze kończyli i ... i to chyba na tyle.
Aha i przy pierwszej wizycie u Magika stał też biały freelander, już przełożony, ale nie złożony. Magik stwierdził, że nie pospawa naszego tak samo okrutnie, jak tego białego ("aaaa bo to taki z odzysku za darmo, ileś tam miesięcy stał w krzakach, cały mchem obrośnięty, tego robię na szybko"), ale niestety to zrobił. Widać, że uznaje zasadę "im większy glut i im takich glutów więcej - tym lepiej!". Mój ojciec pracował lata świetlne temu w kolumnie transportu sanitarnego (taki servis dla karetek

), więc ma trochę pojęcia o tym i o tamtym, po tamtej wizycie powiedział do mnie "migomatem, to ty sam byś to tak pospawał". W życiu niczego nie spawałem
